O mnie

Moje zdjęcie
Różowo-włosa dziewczyna. Czarne oczy, 162cm wzrostu, 47kg wagi. Uwielbiam yaoi. Jedyną rzeczą, jaką kocham, są moje gitary i pianino. Skończyłam szkołę muzyczną, do której w sumie nadal uczęszczam. XD Żyję muzyką, posiadam plany założenia zespołu, kiedyś tam. Chciałabym być psychiatrą. Moje trzy największe miłości to Karyu, Aoi i Toshiya. Mam nadzieję że spodobają wam się moje opowiadania. GG : 39198527.

niedziela, 3 lutego 2013

"Pride" - Kaoru x Die, część ~2~.


Znalazłem się przed budynkiem szkoły, dysząc ciężko.
Kaoru, Kaoru...gdzie jesteś, mała cholero?..Cóż, najwidoczniej nie zdążyłem. Chyba czas znów wrócić samotnie do domu. Jak zawsze, Andou, jak zawsze...
Chcąc, nie chcąc, powlokłem się do starego, niedużego bloku, mając nadzieję, że spokój znajdę jedynie przy mojej ukochanej.
- Wróciłem. - rzuciłem szybko, starając się nawet nie wnikać, co właśnie robi moja matka z moim ojcem, w salonie, przy zamkniętych drzwiach i głośnych jękach...Jezu...jakby przynajmniej nie mogli sobie akurat  dzisiaj darować. Co do moich uczuć, w stosunku do Niikury...cóż, imponował mi. Swoim wyglądem, swoją grą, swoją dostojnością, swoim temperamentem. Nie znałem go dobrze. Mogłem tylko go obserwować...szczególnie piękne ramiona...ZARAZ, ZARAZ. Andou...Ciebie już kompletnie popierdoliło!? Nie jesteś żadnym jebanym pedałem...
Rzuciłem się na łóżko, mając nadzieję, że myśli o nim odejdą same.
17:00.
18:00.
19:00.
Myśli nie odeszły. Coraz bardziej to wszystko zaczęło mnie przytłaczać. Ale jest moja ukochana. Jedyna, piękna, czer...CO KURWA!? GDZIE ONA JEST!? G D Z I E   O N A    J E S T, DO CIĘŻKIEJ CHOLERY!? Zostawiałem ją tu...dzisi...nie, nie...to nie może być...
- Mamo!
- Słucham, Daisuke?
- Czy łaskawie skończyliście się już pieprzyć!?
- Dai, opanuj się...
- Jak mam się kurwa opanować!? Gdzie jest...gdzie ona jest!?
- Jaka "ona"? Wyrażaj się jaśniej, dziecko.
- Moja gitara, kurwa! Czerwona gitara ESP...gdzie ona jest...
- Oddałam dziecku sąsiadów.
- ...powiedz, że żartujesz...
- Nie, nie żartuję. Całe dnie spędzałeś przy tym gracie, nawet nie raczyłeś się ruszyć do jakiejś roboty... Po za tym, nie moja kasa na nią poszła, tylko Twoja, więc co mi za różnica...
-...
Wybiegłem z tego burdelu. Wybiegłem. Nie panowałem nad sobą. Ona ją oddała!? Moją gitarę?..moją jedyną, ukochaną, na którą tak pracowałem, przez całe wakacje...Boże. Zacząłem pukać jak opętany do drzwi tych pierdolonych sąsiadów, mając nadzieję, że otworzą. Jak małe było moje zdziwienie, kiedy zobaczyłem 14 letniego gówniarz, trzymającego w ręku moją ukochaną.
- Oddaj to. - powiedziałem bez żadnego przywitania, oschle, bez żadnych emocji, z zimnym wzrokiem, wpatrzonym w jakże irytującego mnie dzieciaka. Nie zareagował.
- Oddaj to, kurwa! Ogłuchłeś, smarkaczu!? - przez chwilę, miałem wrażenie, że nie wytrzymam i rzucę się na tego dzieciaka z rękoma. No ale cóż, na ironię, nadeszła jego jakże ohydnie prezentująca się matka.
- Dlaczego krzyczysz na moje dziecko, nieudaczniku?- powiedziała, ze stoickim spokojem wpatrując się we mnie, bardzo irytującym i wyczekującym wzrokiem.
- Spokojnie, mamo. Ten pedał nawet boi się mnie dotknąć, nic by mi nie zrobił. - dorzucił swoje, 14-latek.
- Przepraszam bardzo, ale nie jestem, ani pedałem, ani nieudacznikiem. A teraz niech Pani wybaczy, ale przyszedłem po to, co moje. A ten Pani gówniany synek, niech lepiej siedzi cicho. - zwinnie odebrałem moją gitarę dzieciakowi, który dopiero po chwili zorientował się, co się stało.  Dobrze, że matka miała oddać im wzmacniacz później i nie musiałem sobie robić większego problemu, z odebraniem mojej własności.
- Nie nauczyli Cię, że prezentów się nie odbiera?
- Dali wam to bez mojej wiedzy, taki prezent się nie liczy.
- Oj chłopcze, skończ już. - kobieta próbowała odebrać mi gitarę, dopiero kiedy uderzyła mnie w polik z otwartej ręki straciłem na sekundę panowanie nad sytuacją, podczas której moja gitara została mi odebrana a drzwi przede mną brutalnie zatrzaśnięte. Złapałem się za piekący policzek. Cóż, teraz tylko bardziej utwierdziłem się w przekonaniu, że mieszkami w niejakim patologicznym osiedlu, co w sumie wcześniej dawało się we znaki. Waliłem w drzwi, z całej siły. Nikt nie otwierał. No ale, nie nie myślą, że poddam się tak łatwo.
- Jeszcze tu wrócę! - wykrzyczałem jeszcze w stronę mieszkania, zanim udałem się na schody, które prowadziły, razem z drzwiami, na wolną, świeżą przestrzeń. Znalazłem się tam jak najprędzej, chcą trochę ochłonąć. I wtedy właśnie, właśnie wtedy...zobaczyłem...zobaczyłem go. Szedł jak zwykle dumny i wyprostowany z włosami powiewającymi na wietrzę. Kaoru...ach, Kaoru...Przestań, Die, bo zaczynasz znowu zmieniać orientację...uśmiechnął się do mnie. Tak, Kaoru, uśmiechnął się do MNIE. Aż nie mogłem uwierzyć, co pewnie bardzo dobrze opisywał mój jakże dziwny w tej chwili wyraz twarzy. Szybko otrząsnąwszy się, odpowiedziałem, takim samym, może nawet zbyt przesadzonym uśmiechem. Aż boję się wiedzieć, jak wyglądałem w danej chwili.
Kaoru, czym mnie jeszcze zaskoczysz?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz